Artykuły

Przetrwaliśmy, ale było ciężko- obóz survivalowy dla mundurowców.

 

Weekend nad urokliwie położonym jeziorem, temperatura powietrza powyżej 25 stopni Celsjusza, dookoła cisza, spokój, nad kanałem nad Słupią ślęczą żądni wielkich połowów wędkarze. Nic tylko odpoczywać. Nic bardziej mylnego. W te przepiękne okoliczności przyrody zesłano uczniów I klasy mundurowo- sportowej naszego LO. 15 młodych ludzi i dwójka ciut starszych (wychowawca klasy i sensei) wybrała się na trzydniowy obóz do Krzyni, leżącej w gminie Dębnica Kaszubska miejscowości wypoczynkowej, gdzie czas lubią spędzać mieszkańcy Słupska. Podróż rozpoczęliśmy prawie klimatyzowanym (okna były otwarte na oścież) autobusem kursowym relacji Bytów- Słupsk, który zostawił nas 

w szczerym lesie na pasie startowym przed Dębnicą Kaszubską. Stamtąd w umundurowaniu i plecakach wypełnionych różnymi dziwnymi przedmiotami (jak się okaże później celowo organizator podesłał listę z niezbędnymi rzeczami, które były całkowicie nieprzydatne) ruszyliśmy w prawie 3-kilometrowy bój. Po obiedzie- trzeba przyznać, że na wikt nie mogliśmy narzekać, jedzenia było dużo i smacznie- się zaczęło. Nasi uczniowie, wśród których prym wiodły dziewczyny (przewaga w stosunku 13:2) wpadli w ręce Pana Krzysztofa- globtrotera, specjalisty od survivalu, strzelania, walki wręcz (długo, by wymieniać), na co dzień żołnierza pracującego w Centrum Szkolenia Marynarki Wojennej w Ustce. W piątek po południu zobaczyliśmy, jak powinien wyglądać dobrze spakowany plecak i co w nim powinno się znaleźć, gdy ruszamy w nieznane. Następnie uczniowie musieli rozstawić pałatki i korzystając z krzesiwa i nabytej wcześniej wiedzy przygotować tunelowe ognisko. Po kolacji przyszedł czas na zabawę z gps i orientowanie się w terenie. Podzieleni na dwie grupy musieliśmy odnaleźć punkty, które były ukryte w lesie. Zabawa była przednia, a do miejsca, w którym spaliśmy wróciliśmy około północy. Nikt się jednak nie zgubił, bo udało się nam zgodnie współpracować. Oczywiście to nie był koniec działań, ponieważ ustalone zostały warty, na których trzeba było wykonywać konkretne zadania. Każdy z uczniów brał udział w takim godzinnym „stróżowaniu”. O 7 rano w sobotę o tężyznę fizyczną zadbał sensei Pan Kurkiewicz. Uczniowie z uśmiechem na twarzy wykonywali różne „japońskie wygibasy”. Dalsza część dnia upłynęła na: poznawaniu i prezentowaniu w parach na sobie technik obezwładniania osób posiadających niebezpieczne przedmioty, zakładaniu kajdanek i rzucaniu „na glebę”, zabaw związanych z walką w parterze.

Jeszcze przed obiadem Pani Asia (jeden z opiekunów) przeprowadziła ciekawe zabawy integracyjne, które zakończyło przeniesienie kubka wypełnionego wodą, który znajdował się na środku płachty trzymanej przez wszystkich uczestników obozu na miejsce naszej zbiórki, czyli trzeba było przejść jakieś 200 metrów po wąskiej ścieżce, idąc po krzakach i do tego pod górkę. To zadanie, pomimo wątpliwości opiekunów, udało się wykonać. W dalszej części dnia mieliśmy strzelanie z łuku klasycznego i pistoletu pneumatycznego. Początki były trudne- dla większości były to pierwsze próby w życiu- jednak z biegiem czasu oddawanie strzału zaczęło przynosić niemałą satysfakcję. Pod wieczór zaczął się tzw. katorżnik, czyli chrzest dla uczestników obozu. Składał się on w zasadzie w dwóch części. Najpierw biegnąc po haszczach, pokrzywach i innych ciekawych roślinkach, doszusowaliśmy do wąskiego kanału wypełnionego jakąś śmierdzącą, czarną breją, do której mieliśmy przyjemność wejść.  Po jakiś 200 metrach dotarliśmy nad kanał, gdzie rozpostarta była linka łączącą dwa brzegi. Tutaj odbyła się druga część zabawy. Trzymając się linki i siedząc na dętce od ciągnika przyszedł czas na podróż na drugi brzeg. Prawie wszyscy zdecydowali się, aby pokonać strach (połowa osób nie umiała pływać) wsiadając na „dętkową łódź”. No i było śmiesznie, bo część osób zapoznała się z wodą, wpadając do niej. Oczywiście nad bezpieczeństwem, płynąc w łódce czuwali instruktorzy, więc nikomu nic nie mogło się stać. Jednak nie wszyscy byli zadowoleni z wodnych harców. Wędkarze mieli nietęgie miny, ale obyło się bez nieprzyjemnych dialogów. Dzień zakończyliśmy przy ognisku. Niedzielę zaczęliśmy, jak żeby inaczej o 7, a po okolicznych lasach przeczołgał nas Pan Krzysztof. Kilkudziesięciominutowy bieg, okraszony wymagającymi ćwiczeniami przetrzebił naszą piętnastkę. Dziewiątka, co tchu biegła trzymając się instruktora, a sześć dziewczyn „umierało” na trasie. Po śniadaniu jednak siły wróciły. Tym razem krav maga, czyli izraelska walka w bliskim kontakcie w niezwykłej scenerii, jaką była elektrownia wodna na Słupii, była naszym ostatnim zadaniem. Przy okazji uczniowie otrzymali sporą porcję wojskowej musztry. Oczywiście wszystkie ćwiczenia, które wykonywane były pod okiem specjalisty od survivalu i sztuk walki odbywały się w umundurowaniu, co przy piekącym słońcu nie ułatwiało wykonywania zadań. ALE O TO WŁAŚNIE CHODZIŁO- UCZNIOWIE MIELI DOSTAĆ W KOŚĆ I TAK TEŻ SIĘ STAŁO. Ostatnim akordem było rozdanie proporczyków wszystkim uczestnikom obozu.  Pozytywnie zmęczeni powróciliśmy do upragnionego Bytowa. Z tego miejsca chciałbym podziękować piętnastce, która zdecydowała się porzucić tablety, komputery i inne technologiczne gadżety i podjęła się stawić czoła wyzwaniom, które nierzadko polegały na pokonywaniu własnych lęków i słabości. Trochę mimo wszystko żal, że nie wszyscy zdecydowali się na wyjazd. Czas na rehabilitację, być może nastąpi za rok!

Sunday the 5th. Copyright © 2011-2017 ZSP Bytów